Pieczone gołąbki

Pieczone gołąbki
Loading the player ...
Polska
1966
Data premiery: 1966-05-13
Zdjęcia: Jerzy Stawicki
opis filmu
O filmie

Poeta Leopold Górski pracuje w warszawskiej stacji pomp - Grubej Kaśce - gdzie swymi lirycznymi piosenkami pobudza robotników do pracy. Pewnego dnia dostaje zadanie poprawienia sytuacji w brygadzie majstra Wierzchowskiego. Po wielu perypetiach Górski osiąga cel, dzięki czemu spełniają się jego dwa marzenia: o miłości i własnym mieszkaniu.

Czas akcji: 1965 rok
Miejsce akcji: Warszawa
Kierownik produkcji: Tadeusz Baljon
Język: pl
Obsada
Krzysztof Litwin (Leopold Górski), Magdalena Zawadzka (Kasia Zasławska), Adam Mularczyk (Wierzchowski), Wacław Kowalski (Kołodziejczyk), Jerzy Karaszkiewicz (Drobniak), Zbigniew Koczanowicz (dyrektor Przedsiębiorstwa Wodociągów Miejskich), Leonard Andrzejewski (robotnik od windy), Henryk Bąk (sekretarz Podstawowej Organizacji Partyjnej), Henryk Bista (robotnik), Tadeusz Chmielewski (robotnik Chmielewski), Wanda Chwiałkowska (pielęgniarka), Barry Clayton (gość z Zachodu), Kazimierz Dejunowicz (dziennikarz), Witold Dębicki (robotnik), Andrzej Gawroński (milicjant), Piotr Grabowski (harcerz), Bogdan Izdebski (harcerz), Zbigniew Jabłoński (dziennikarz), Juliusz Kalinowski (Kończak, gospodarz Leopolda), Ludwik Kasendra (magazynier), Janusz Kłosiński (Ludwik Biskup, pracownik Grubej Kaśki), Grzegorz Kowalski (harcerz), Andrzej Kozak (milicjant), Jan Paweł Kruk (Mietek, narzeczony Ziuty), Józef Łodyński (przewodniczący Rady Zakładowej), Bohdana Majda (kelnerka), Jan Mayzel (asystent dyrektora), Stanisław Milski (bezzębny lokator), Czesław Mroczek (pracownik Grubej Kaśki), Zygmunt Nowicki (archiwista dyrektora), Adam Pawlikowski (gość z Zachodu), Adam Perzyk (pracownik Grubej Kaśki), Czesław Piaskowski (majster), Sylwester Przedwojewski (gość z Zachodu), Witold Skaruch (dyspozytor Witek), Jurek Skolimowski (harcerz), Witold Skrzypiński (bojący się), Jarosław Skulski (gość z Zachodu), Iwona Słoczyńska (sekretarka dyrektora), Tadeusz Somogi (gość z Zachodu), Elżbieta Starostecka (dziennikarka), Zdzisław Szymański (sierżant), Piotr Wawszkiewicz (harcerz), Lena Wilczyńska (lokatorka), Grzegorz Roman (harcerz z kółka fotograficznego), Leon Łochowski (robotnik), Alina Rostkowska (lokatorka), Joanna Walter (lokatorka)
zwiń zakładkę
treść

Młody Leopold jest „poetą na etacie”: pisze i wykonuje piosenki w warszawskiej stacji pomp. Jego obecność, śpiew i gra na gitarze mają umilić czas pracownikom Grubej Kaśki i powstrzymać ich od snu, jaki wywołuje monotonny szum pomp.
Leopold mieszka pod Warszawą, w rozwalającej się chacie. Gdy nieopodal przejeżdża poranny pociąg, jego łóżko trzęsie się tak bardzo, że w Leopoldzie wyrobił się już odruch wstawania w rytm tych wstrząsów. Dojazd do pracy zajmuje mu dużo czasu, lecz Leopold ma nadzieję, że już wkrótce otrzyma mieszkanie - jest pierwszy wśród oczekujących w swoim zakładzie pracy. Robotnicy z Grubej Kaśki szukają jednak wszelkich sposobów, żeby Leopolda na tej liście wyprzedzić.
Wczesnym rankiem w dzień ogłoszenia przydziału Drobniak, hydraulik z brygady Wierzchowskiego, przychodzi pod gabinet dyrektora z płaczącym w wózku dzieckiem. Będzie próbował wybłagać dla siebie wcześniejsze przyznanie mieszkania. Wdziera się nawet do gabinetu, by tam poczekać na dyrektora. Dyrektor ma akurat wizytację zagranicznej delegacji, więc jego sekretarka za wszelką cenę chce się pozbyć intruza z gabinetu. Wszyscy obecni zaczynają namawiać Leopolda, żeby oddał Drobniakowi swój przydział - w ten sposób honor zakładu zostanie ocalony. Leopold jest wściekły, ale się zgadza. Tajemnicą Drobniaka pozostanie to, że w wózku zamiast niemowlęcia był magnetofon z nagranym płaczem dziecka...
Na brygadę Wierzchowskiego do dyrekcji stacji pomp wpływa najwięcej skarg od mieszkańców Warszawy. Wierzchowski, Drobiak i Kołodziejczyk to najwięksi bumelanci w całym zakładzie, a przy tym ludzie złośliwi, niestroniący od alkoholu i głupich żartów z lokatorów kamienic, które im podlegają. Sekretarz POP stacji pomp wpada na pomysł, by do ich brygady dołączył Leopold. Żaden z tej trójki nie wie, że Leopold pracuje jako śpiewający poeta w samej stacji, nie bywają bowiem w tej części zakładu. Kadrowy chce - jak to ujmuje - by obowiązkowy i uczciwy Leopold stał się kapitanem Klossem, agentem, który zmieni brygadę Wierzchowskiego na lepsze.
Wierzchowski i jego ludzie nie z takimi jak Leopold mieli już jednak do czynienia. Najpierw fundują mu taką przejażdżkę wodociągowym samochodem po Warszawie, że poeta wychodzi z niego bliski omdlenia. A potem, gdy w jednym z bloków dochodzi do awarii, traktują go jak chłopca na posyłki, każąc mu biegać po wszystkich piętrach, i mówić mieszkańcom, że nie będzie wody.
Zachowanie Leopolda wywołuje wśród mieszkańców niemałe zdziwienie: jest grzeczny, prosi o zakręcenie kranów i nabranie do naczyń wody na zapas oraz zapewnia, że odcięcie wody nie potrwa długo. W jednym z mieszkań miły kobiecy głos zaprasza go zza drzwi do środka. Leopold wchodzi i zastaje piękną młodą dziewczyną kąpiącą się w wannie. Kasia jest cała w pianie i nie ma jak jej spłukać. Leopold pozwala jej - w drodze wyjątku - by jeszcze przez chwilę używała kranu i w ten sposób rewanżuje się przypadkowo Wierzchowskiemu, Drobniakowi i Kołodziejczykowi za złe traktowanie: odkręcenie kranu powoduje, że w piwnicy zaczyna się na nich lać woda. Są przemoczeni i wściekli.
Leopold orientuje się, że zawinił, i boi się reakcji majstra Wierzchowskiego i załogi. Przynosi wódkę, żeby wkupić się w łaski kolegów. Przy alkoholu nawiązuje się między nimi nić sympatii. Gdy pijani żegnają na dworcu odjeżdżającego Leopolda, obiecują poprawę i lepsze traktowanie mieszkańców podległych im bloków.
Młody poeta nie może zapomnieć o Kasi, którą poznał. Zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia. Kasia jest instruktorką w domu kultury, w tych dniach organizuje z dziećmi plener fotograficzny. Spotykają się z Leopoldem na mieście. Kasia także się w nim zakochuje.
Brygada Wierzchowskiego zmienia się na lepsze do tego stopnia, że piszą o nich w gazetach. Dyrektor organizuje spotkanie hydraulików Wierzchowskiego z dziennikarzami. Robotnicy są wyraźnie zawstydzeni zainteresowaniem, jakim się ich darzy. Leopold dostaje wreszcie przydział na upragnione mieszkanie. Zamieszka w nim razem z Kasią. (PŚ)

zwiń zakładkę
komentarz
komentarz eksperta

„Pieczone gołąbki” są chyba najsłabszą komedią Tadeusza Chmielewskiego. Być może dlatego, że scenariusz tego filmu był projektem klasycznie „przenoszonym”, nad którym reżyser pracował prawie trzy lata. Zaczęło się od scenariusza „Ekscelencja pan pies”, który reżyser napisał specjalnie dla Kazimierza Rudzkiego. Rudzki miał grać w „Ekscelencji…” pana Leopolda, przedwojennego dyplomatę, który żyje teraz na granicy ubóstwa. Pracuje w przedsiębiorstwie przeprowadzek, gdzie wszyscy traktują go jak kogoś na posyłki. W pewnym momencie wplątuje się w konflikt dwóch ambasadorów urzędujących w Polsce, który uda mu się zażegnać dzięki swojemu doświadczeniu w dyplomacji i zdobyciu psa bardzo rzadkiej rasy. Klamrą łączącą wszystkie wątki były w scenariuszu „Ekscelencji” bezowocne próby zdobycia przez pana Leopolda mieszkania.
Tego filmu nie pozwolono Chmielewskiemu zrealizować ze względu na rzekomą drwinę z elementów polityki międzynarodowej. Pozostawała więc możliwość realizacji komedii o problemach mieszkaniowych, które w latach 60. były tematem wielu rozmów. Chmielewski poznał mnóstwo absurdalnych przepisów rządzących przydziałem mieszkań: ponieważ gruźlicy łatwiej dostawali przydział, wśród ubiegających się nie brakowało symulantów; niewielki metraż mogli dostać z kolei tylko ci, którzy nie zarabiali więcej niż 1500 złotych, więc zdarzało się, że ktoś prosił dyrektora o obniżkę pensji, itd.
W ten sposób „Ekscelencja pan pies” przeobrażał się powoli w „Pieczone gołąbki”, w których głównym bohaterem był młody muzyk, grający w stacji pomp piosenki. O mieszkanie ubiega się od dłuższego czasu, a jego determinacja rośnie, gdy zakochuje się w młodej fotograficzce. Ponieważ duża część akcji „Gołąbków” skupiała się na pracy stacji pomp, Chmielewski, kręcąc „Gołąbki”, miał pewną konkretną koncepcję: ożywić produkcyjniak. I właśnie ten pomysł wydaje się przyczyną porażki filmu. (PŚ)

zwiń zakładkę
od autora

„Nie twierdzę, że nie da się zrealizować ciekawego produkcyjniaka, ale w komedii da się to zrobić raczej tylko poprzez parodię - przyznaje po latach Chmielewski. ‒ A ja nie chciałem w »Gołąbkach« parodii, tylko czegoś w rodzaju poetyckiej zabawy konwencją produkcyjniaka. Wymyśliłem, że pojawią się piosenki dowcipnie odnoszące się do tematu pracy. I Wojciech Młynarski napisał świetne teksty. Potem mnie jednak wyśmiano, że po to, by zrobić film poetycki, wprowadziłem na ekran postać poety, który te piosenki śpiewa. A przecież jego postać w filmie występuje od razu jako »poeta na etacie«, a więc jest przeze mnie traktowany jako żart. […] Absurd w »Gołąbkach« miał się rodzić poprzez to, że w normalną sytuację zostaje wpisany jakiś niecodzienny element. Na przykład wspomniany śpiewający poeta w Grubej Kaśce, którego zatrudniono, żeby robotnicy nie zasypiali przy szumie pomp. Wydaje się, że animowane wstawki, oryginalnie sfotografowana przez Stawickiego architektura Warszawy, piosenki Młynarskiego - tylko te rzeczy z »Gołąbków« mają szansę zostać w czyjejś pamięci. Może to jednak trochę za mało na dobry film”.

Tadeusz Chmielewski, „Jak rozpętałem polską komedię filmową”, rozm. przepr. Piotr Śmiałowski, Trio, Warszawa 2012, s. 177.

zwiń zakładkę
głosy prasy

„Chyba najgorsza komedia autora »Ewy«. Piszę to […] w związku z jej premierą. Rzecz dzieje się w warszawskich wodociągach, gdzie pracuje młody poeta, na etacie poety. Już samo założenie jest nie do utrzymania. W realistyczną względnie sytuację, w realny, powszedni obraz wprowadza się pomysł nieprawdopodobny i czysty nonsens ma grać w tej autentycznej, w dodatku rozbudowanej scenerii. W filmie to wyjść nie może. Nie może wyjść posługiwanie się w filmie tak różnymi stylistykami, jak burleska i obok zaraz stylistyka kina realistycznego. Z tymi samymi bohaterami, z ich sprawami i tłem. Żebyż tylko to. Jest w filmie Chmielewskiego w dodatku dydaktyka podana na talerzu i już tradycyjna u nas dobroduszność. Niby prośba o wyrozumiałość widza? Wobec komedii widz kinowy nie będzie nigdy wyrozumiały. Świat na ekranie, nawet świat komediowy, jest w kinie zawsze światem prawdziwym najwyżej postawionym na głowie. I albo widz w niego uwierzy albo nie. Żadne tu prośby nie pomogą. Zresztą kogo obchodzą i kogo śmieszą nieuczciwe poczynania brygady hydraulików, zwłaszcza jeżeli już nawrócą się oni pod wpływem poety. Komedia filmowa musi być odkrywcza wobec życia, jak każdy film. Odkrywcza w treści, w formie, w nieoklepanym sposobie spojrzenia przynajmniej. Niedawno narzekałem na komedię francuską z okazji przeglądu filmów tamtej kinematografii. Ależ to są arcydzieła w porównaniu z naszym wypiekiem! Nie róbmy komedii. Mówię poważnie. Jej partactwo szkodzi całemu polskiemu filmowi. Obniża poziom filmu, który przecież i bez tego jest już bardzo niski”.

Aleksander Jackiewicz, „Nasza smutna komedia”, „Życie Literackie”, 1966, nr 22.


„Ze wszystkiego, co może dzisiaj wydać się poetyczne (nawet w dobrym sensie tego nadużywanego określenia), najmniej patetyczny jest z reguły sam poeta - konkretny człowiek, oglądany w autobusie na przykład, na schodach, gdziekolwiek w realnym życiu. Niestety zaś na przekonaniu, że o poetyczności decyduje obecność poety, a nie spojrzenie poety, oparł swój najnowszy film komediowy »Pieczone gołąbki« reżyser Tadeusz Chmielewski. Jeśli któryś z polskich twórców współczesnych predestynowany jest do stworzenia udanej filmowej komedii poetycznej, jest nim właśnie Tadeusz Chmielewski, z nadzwyczaj prostej przyczyny: już raz udało mu się to w pełni, zrealizował przecież film »Ewa chce spać«. […] Opowiadanie zaś, które widnieje na ekranie w »Pieczonych gołąbkach«, jest co prawda miejscami śmieszne (wpływa na to i nastrój widowni, tak żarliwie pragnącej polskiej komedii - ten kredyt nadziei i niedosytu zdolny jest wywołać wielki śmiech nawet z małych gagów), ale właśnie jako opowiadanie nieskładne, pokrętne […]. Nie jest to opowieść spoista dramaturgicznie - rozpada się na oddzielne jakby skecze; najśmieszniejsze z nich są właściwie te, w których główny bohater poeta jawi się na marginesie lub nie występuje wcale (wizyta zagranicznej delegacji w zakładzie pracy, robotnik z kwilącym dzieckiem - które okazuje się magnetofonem - okupujący dyrektorski gabinet dla wymuszenia mieszkania). Ewa chciała tylko spać - trudno takie założenie nazwać dramaturgicznie mocnym, a przecież dało świetne wyniki. Leopold chce tylko zmienić mieszkanie - założenie mocniejsze, wynik o wiele słabszy. Dlaczego? Z dwu chyba przyczyn: brak mieszkania jest nieraz wykorzystywaną sytuacją komediową (»Skarb«), która prowokuje działania nerwowe, wysilone, nieraz dramatyczne. […] Druga przyczyna niepowiedzenia: […] satyryczne spostrzeżenia, dowcipne odzywki dialogowe widownia w kinie kwituje śmiechem - to na pewno dobrze. Tego śmiechu i uśmiechu jest jednak zbyt mało - a to już gorzej. Najgorsze zaś jest to, że po wyjściu z kina zapomina się szybko o »Pieczonych gołąbkach«, nie pozostaje w pamięci nawet tytułowa piosenka”.

Lech Pijanowski, „Poeta przeciw reżyserowi”, „Świat”, 1966, nr 22.


„Tadeusz Chmielewski chciał zrobić komedię współczesną. Pragnął, aby była ona nie tylko współczesna w kalendarzowym sensie, ale także i reprezentatywna społecznie, trafiając w najtypowsze bolączki najprzeciętniejszego Polaka. Stąd niemal symboliczny wybór środowiska. Na czym bowiem, jak nie na miejskich przedsiębiorstwach remontowych, bijących wszelkie rekordy niesłowności prostactwa, wyładowuje się najczęściej gorycz zalatanego, źle obsłużonego mieszkańca Warszawy czy któregokolwiek z polskich miast? Temat sam w sobie zbyt obskurny i smutny, aby wzbudzić przysłowiowe »race humoru«, toteż Chmielewski wprowadził w ponury raczej świat pomp i rur kanalizacyjnych postać poety - błędnego rycerza odnowy w instalatorskiej gehennie. Pomysł zgoła surrealistyczny, rokujący uskrzydlenie nudnej produkcyjnej dydaktyki polotem absurdalnej groteski. Jednakże, mimo zaplanowanego z góry triumfu idealizmu nad cwaniactwem, niechlujstwem i ponuractwem, w nastroju filmu Chmielewskiego kanalizacyjne realia górują zdecydowanie nad poezją i optymistycznym humorem. Ten ostatni zaś - przecież w komedii najważniejszy - sprowadza się aż nazbyt często do opatrzonych gagów i nie zawsze zabawnych dowcipów. Nie każdemu chce się śmiać z rozpaczliwych podstępów pracowników walczących o przydział mieszkania albo z entuzjazmu, jaki wzbudza wśród lokatorów warszawskiej kamienicy słowo »przepraszam« w ustach przedstawiciela brygady remontowej. Niezamierzony też zapewne efekt wywołują gagi przyśpieszające lub rytmizujące ruchy. Przypominają one pewne rewiowe tendencje naszych przedwojennych komedii i nadają przez to »Pieczonym gołąbkom« jakiś pozór staroświecczyzny. Tę samą zresztą rewiową umowność staroświeckiej farsy ma w sobie satyryczna moralistyka filmu Chmielewskiego. Odśpiewany i odtańczony w stylu rewelersów z lat trzydziestych »przełom« w kanciarskich obyczajach brygady Wierzchowskiego musi nastrajać widza co najmniej sceptycznie”.

JJS [Jan Józef Szczepański], „Pieczone gołąbki”, „Tygodnik Powszechny”, 1966, nr 28.


„»Pieczonym gołąbkom« […] nie można odmówić odwagi. Jest to jednak odwaga innego rodzaju, wyrażająca się zaatakowaniem niezbyt popularnego, produkcyjnego tematu i to w kontekście moralizatorskim. Rzecz jednak w tym, że najlepsze nawet intencje nie tworzą jeszcze filmu: jak na groteskę są te »Gołąbki« zbyt oszczędnie przyprawione gagami, jak na satyrę za mało ostre, jak na film prawdziwie współczesny za bardzo w guście zeszłowiecznych wodewilów. Inna rzecz, że nawet w tych »Gołąbkach« takich trochę ni z pierza, ni z mięsa, są miejsca, w których znać rękę (i pióro) twórcy »Gdzie jest generał«. Przykładem śmieszna sekwencja wstępna będąca kapitalnym opisem chałupki, w której mieszka bohater komedii - poeta i pracownik warszawskich wodociągów, grany sympatycznie przez Krzysztofa Litwina. […] Ale niestety […]. Trochę sytuacyjnych dowcipów, nieco satyry na brak uprzejmości i drobne łapówkarstwo (takie w najmniej groźnym wymiarze), a nawet kilka wcale sympatycznych piosenek, nie zezwalają jeszcze na pozytywną ocenę utworu przypominającego ubożuchny rosołek, w którym od czasu do czasu pływa małe oczko rosołu”.

Zbigniew Klaczyński, „Wodewil w wodociągach”, „Trybuna Ludu”, 15.05.1966.


„Jak […] wypadły »Pieczone gołąbki«? Przykro to pisać, ale nie najlepiej. Punkt wyjścia we wszystkich filmach Chmielewskiego jest zawsze realistyczny. Chodzi tylko o to, co się potem z tym »realizmem« zrobi. W »Pieczonych gołąbkach« nie nadał mu Chmielewski kształtu groteskowego (jak w »Ewie«) ani nie poszedł konsekwentnie w kierunku komedii typu populistycznego (jak w »Generale«). Zatrzymał się w pół drogi. Elementy groteskowe są albo prymitywne, bo uzyskane przy pomocy tradycyjnych, czysto technicznych zabiegów, albo po prostu banalne. Elementy populistyczne, wykorzystujące m.in. folklor, są nikłe i nie najwyższej próby - jedynie scena z konserwatorami windy mogłaby uchodzić za przykład pozytywny. Co więcej, film pozbawiony jest - praktycznie biorąc - wątku lirycznego. To, co oglądamy, nie wywołuje żadnych cieplejszych czy żywszych odruchów. Błąd leży już chyba w samym założeniu. Między dziewczyną a chłopcem nie ma bowiem żadnego »spięcia«, danego im niejako »a priori«. No, bo spójrzmy - on jest co prawda hydraulikiem, ale tak naprawdę to przecież poetą, ona zaś - instruktorką w domu kultury. »Konflikt« między nimi sprowadzony został do zera. Proszę porównać zestawienie bohaterów »Ewy« (niewinny podlotek - złodziej - policjant) czy »Generała« (Polak-cwaniak - Rosjanka-służbistka). Dopiero w oparciu o takie zestawienie można budować nieszablonowy wątek liryczny. To daje ów drugi wymiar, nie mówiąc już o możliwościach komediowych”.

Stanisław Janicki, „Kopniak czy hiperboliczna aluzja?”, „Film”, 1966, nr 22.

zwiń zakładkę
ciekawostki
  • Film kręcono w Grubej Kaśce, autentycznej warszawskiej stacji pomp.

  • Sceny rozgrywające się na klatkach schodowych kręcono w jednej z kamienic przy placu Teatralnym.

  • W „Pieczonych gołąbkach” niektóre sceny - na przykład tę na dworcu - rejestrowano ukrytą kamerą.

  • Największym problemem cenzuralnym przy „Pieczonych gołąbkach” okazał się udział statysty, który w scenie rozgrywającej się w stacji pomp manewrował wielką dźwignią kranu. Zdaniem cenzury ów statysta był podobny do Władysława Gomułki, ówczesnego I sekretarza PZPR, i widz mógł z tej sceny wyciągnąć wniosek, że „Gomułka przykręca śrubę”.

  • Premiera filmu odbyła się w warszawskim kinie Moskwa.

zwiń zakładkę
plakaty i fotosy
zwiń zakładkę
zwiń zakładkę